Esencja
- 01.98 kg i jedno 10 km w życiu – to mój punkt startu
- 02.EDK 2026 jako test wszystkiego, w co wierzę
- 03.W cierpieniu jest spotkanie, którego szukam
- 04.Muszę zrzucić 13 kg i nauczyć się biegać od nowa
Jest 3 grudnia. Za kilka miesięcy chcę przejść Ekstremalną Drogę Krzyżową – 42 kilometry nocą, w ciszy, samotnie. Ważę 98 kilogramów. W życiu przebiegłem 10 km. Raz. I nie wiem, czy dam radę.
Punkt Startu
Powinienem zacząć od jakiegoś heroicznego wprowadzenia. Od historii poprzednich maratonów, od lat treningu, od bazy, na której buduję. Ale nie mam nic z tych rzeczy.
Mam 98 kg na wadze. Mam jedno 10 km w nogach, po którym ledwo chodziłem przez trzy dni. Mam kilka miesięcy do startu i plan, który sam poskładałem, bo żaden trener by nie wziął kogoś w mojej sytuacji na taki dystans.
Muszę zrzucić 13 kilogramów. Muszę nauczyć się biegać – nie szybko, ale długo. Muszę zbudować kolana, które zniosą bieg po asfalcie. Muszę obniżyć tętno tak, żeby serce nie eksplodowało przy 30 kilometrze.
To nie jest wpis "zrobię to na luzie". To jest wpis "boję się, że nie dam rady".
Dlaczego EDK
Mógłbym zacząć od czegoś łatwiejszego. Półmaraton w mieście. Płaska trasa. Kibice. Muzyka. Punkty z bananami i izotonkiem co 5 kilometrów.
Ale nie o to mi chodzi.
EDK to nie wyścig. To droga, która ma swój ciężar – i nie mówię o przewyższeniach. Idą tam ludzie, którzy chcą coś unieść, coś zostawić, coś ofiarować. Idą nocą, samotnie, w ciszy. Bez telefonu, bez muzyki, bez rozmów. Tylko ty, droga i to, co przyjdzie, kiedy ciało zacznie się poddawać.
Jest coś jeszcze. Chcę to zrobić na tłuszczach. Bez żeli, bez batonów, bez węglowodanów. Woda z solą i pemmikan. To wszystko. Rok na carnivore – chcę sprawdzić, czy to wystarczy, żeby unieść ekstremalny wysiłek. Czy ciało, które nauczyłem spalać tłuszcz, da radę przez 6-7 godzin w terenie.
A może po prostu szukam wymówki, żeby było trudniej. Żeby nie było wyjścia awaryjnego. Żeby to, co dam z siebie, było całe.
Cierpienie Jako Brama
Muszę powiedzieć coś, co pewnie zabrzmi dziwnie. Idę na EDK nie pomimo cierpienia, które tam będzie. Idę właśnie po nie.
Jest coś, czego nie da się wytłumaczyć komuś, kto tego nie doświadczył. Przy ekstremalnym wysiłku – kiedy mięśnie płoną, oddech ucieka, każdy krok jest świadomą decyzją – dzieje się coś dziwnego. Ego milknie. Ta część mnie, która zawsze komentuje, ocenia, planuje, kontroluje – ona znika. Zostaje tylko teraz. Tylko ten krok. Tylko ten oddech.
I wtedy czasem pojawia się coś więcej. Cisza, która nie jest pustką. Obecność, która nie potrzebuje imienia, ale którą rozpoznaję całym ciałem. W tym bólu, w tej bezbronności, jestem bliżej Źródła niż kiedykolwiek w komforcie.
Tam, gdzie kończą się moje siły, zaczyna się coś innego. Coś, co mnie niesie. I w tym niesieniu jest odpowiedź na pytanie, skąd się biorę, jakim cudem żyję, do kogo należę.
Nie idę na EDK szukać siebie. Idę tam, żeby siebie zgubić. Bo tylko to, co zgubione, może zostać znalezione przez Kogoś większego.
Rozmowa z Bólem
Przez lata uciekałem od cierpienia. Znieczulałem się jedzeniem, ekranami, hałasem. Wszystkim, co pozwalało nie czuć. A teraz wybieram drogę w drugą stronę – prosto w to, czego się boję.
Przy 30 kilometrze, kiedy ciało będzie działać na rezerwie rezerw, nie będzie już gdzie uciec. Żadna myśl nie pomoże, żadna technika oddechowa, żaden mentalny trik. Zostanie tylko ból i pytanie: czy idziesz dalej, czy się zatrzymujesz?
I tam – w tym miejscu bez wyjścia – jest rozmowa, której szukam. Nie z sobą. Z Nim. Z Życiem, które przez mnie przepływa i które w tym momencie będzie jedyną rzeczą trzymającą mnie na nogach.
Przygotowanie
Mam plan. Nie jest autorstwa żadnego trenera od ultra. Jest mój – poskładany z tego, co wiem o swoim ciele, z tego, czego nauczyłem się przez ostatni rok.
| Dzień | Trening | Cel |
|---|---|---|
| Poniedziałek | OFF | Regeneracja |
| Wtorek | Siła nóg (przysiady, wspięcia) | Fundament |
| Środa | Bieg 60 min, Zone 2 | Baza tlenowa |
| Czwartek | Wykroki + interwały na rowerze | Metabolizm |
| Piątek | Martwy ciąg, wiosłowanie, core | Tylna taśma |
| Sobota | THE LONG RUN (90 min → 4h) | Czas na nogach |
| Niedziela | Mobility, rolowanie | Regeneracja |
Sobota jest kluczowa. Te długie wyjścia w las, w błoto, z wodą z solą i kawałkiem pemmikanu w kieszeni. Zaczynam od 90 minut – i to jest dla mnie dużo. Ale do marca muszę dojść do 3-4 godzin ciągłego ruchu. Nie szybkiego. Tak wolnego, że oddycham przez nos. Tak wolnego, że mógłbym rozmawiać. Tempo nie ma znaczenia. Liczy się czas na nogach i przyzwyczajenie ciała do tego, że dyskomfort nie jest powodem do zatrzymania.
Zasady Soboty
- ●Teren: las, błoto, góry – żadnego asfaltu
- ●Tempo: takie, przy którym oddycham nosem
- ●Paliwo: tylko woda z solą, pemmikan w rezerwie
- ●Brak zegarka pokazującego pace – liczy się czas
- ●Jeśli ciało krzyczy – zwolnij, ale nie zatrzymuj się
Co Muszę Zbudować
Kolana. Przy 98 kg każdy krok to uderzenie. Przysiady i wykroki mają wzmocnić wszystko wokół stawu, żeby przetrwały ten ciężar, te uderzenia.
Tętno. Moja baza tlenowa jest żałosna. Serce wali przy tempie, przy którym inni spacerują. Muszę to zmienić – wolnymi, długimi biegami, oddechem przez nos, cierpliwością.
Wagę. 98 kg to za dużo na maraton. Każdy kilogram mniej to mniej pracy dla kolan, mniej obciążenia dla serca. Carnivore robi swoje – ale muszę być cierpliwy.
Strach
Boję się konkretnych rzeczy. Boję się 20 kilometra – miejsca, gdzie nigdy nie byłem. Nie wiem, jak moje ciało zareaguje na dystans dwukrotnie dłuższy niż cokolwiek, co dotąd zrobiłem. Boję się nocy – zimna, które wchodzi w kości, kiedy tempo spada. Boję się, że kolana nie wytrzymają, że złapię kontuzję w połowie, że skończę na poboczu z telefonem w ręku, wzywając pomoc.
Ale jest strach głębszy. Że nie dam rady unieść tego, co przyjdzie. Że ten ciężar będzie za duży. Że zamiast spotkania będzie tylko ból, i nic więcej. Że wrócę pusty, ze wstydem, że próbowałem czegoś, na co nie byłem gotowy.
Ale może o to właśnie chodzi. Iść bez gwarancji. Bez pewności, że cokolwiek tam znajdę. Z samym zaufaniem, że droga ma sens.
Czasu Mało
3 grudnia. Kilka miesięcy do startu.
Każdy wtorek pod sztangą – to fundament. Każda środa na spokojnym biegu – to baza. Każda sobota w lesie – to przygotowanie na to, co przyjdzie w noc EDK.
Wiem, że nie będę gotowy w 100%. Przy mojej wadze, moim doświadczeniu, moim punkcie startu – nikt rozsądny by mi tego nie doradził. Ale nie idę tam, bo to rozsądne. Idę, bo coś mnie wzywa. Idę, bo tam, na końcu tej drogi, w bólu i ciszy, jest Ktoś, z kim chcę porozmawiać.
I wierzę – muszę wierzyć – że kiedy moje siły się skończą, zaczną się Jego.
Nie wiem, czy udźwignę. Ale wiem, że nie muszę dźwigać sam. I że jedyna droga do tego spotkania prowadzi przez to, czego się boję najbardziej.
Mateusz
Strażnik archiwum. Dokumentuje proces odzyskiwania kontroli nad ciałem i duchem. Wierzy w siłę dyscypliny i ciszy.
Wewnętrzny Krąg
Zero spamu. Tylko surowa prawda, gdy uznam, że warto ją przekazać.
